Najdłuższa trasa (jak na razie) …

W przeciwieństwie do wtorku środa okazała się, aż nadto intensywna. Trasa Berlin – Rostock – Karlsruhe to ponad 1000 km, ale byłem tak wyspany, że i drugie tyle bym zrobił. Do tego nocna panorama oświetlonych drapaczy chmur we Frankfurcie nad Menem całkowicie wynagradza tyle kilometrów. Następnym razem muszę się jakoś zatrzymać i zrobić zdjęcie bo słowa tego nie opiszą – taki europejski Manhattan – coś pięknego.
Były też i takie widoki:

Kurs na Berlin …

Poniedziałek zaczął się przejazdem do Berlina, gdzie rano we wtorek rozładowałem się w części wschodniej. Spedycja prowadzona przez Rosjan, którzy pewnie zostali po upadku muru. No i niestety utknąłem w stolicy Niemiec. Gdybym wiedział na 100%, że nie będzie ładunku w tym dniu to trochę bym się pokręcił po okolicy. No, a tak dzień spędziłem na czytaniu książki i obijaniu się.

Weekend na trasie nr 2 …

Cóż, nie pisałem ostatnio bo i czasu było mało i nie bardzo było o czym. Za to początek weekendu zaczął się od nocnej 320 km trasy, a wszystko dlatego, iż załadunek który planowo miał być o 21 w piątek zakończył się już w sobotę o godzinie 0:30. Dlaczego ? No też nie mogłem w to uwierzyć, ale to znowu były śruby do pojazdów z pod znaku gwiazdy. Wprawdzie fabryka inna, ale zastałem tam tego samego faceta co w tamtym tygodniu i dwa razy więcej śrub do przetestowania. Na rozładunku miałem być o 6 rano więc chcąc nie chcąc siadłem i przy kawce znów zająłem się kontrolą jakości 😁 W fabryce byłem o 4:30, godzinka snu, rozładunek, prysznic i spanko do 11. Później jeszcze 120 km jazdy w okolice Stuttgartu, gdzie w poniedziałek mam do rozładowania jakąś część maszyny rolniczej załadowanej w piątek na plantacji ziemniaków.

Już środa …

Noc z poniedziałku na wtorek przeżyłem i to całkiem fajnie. Było ciszej niż normalnie na parkingu no i nie musiałem zrywać się rano i jechać na załadunek. Wtorek był o tyle ciekawy, że miałem dwie dostawy do rolników mających swoje uprawy i hodowle w Nadrenii. Piękna pogoda i okolica, nigdzie wcześniej nie widziałem tylu hodowli koni.

Dzisiaj ponownie wróciłem do Zagłębia, pewnie trochę tutaj pojeżdżę co niezbyt mnie cieszy, ponieważ większość czasu traci się niepotrzebnie w korkach.

Drugi tydzień czas zacząć…

Weekend przeleciał więc koleją rzeczy dzisiaj jest poniedziałek do tego pełen wyzwań. Kilometrów mało, ale trzeba było rozładować w pozostałych dwóch miejscach piątkowy ładunek i szybko lecieć na magazyn po części i szybko je dostarczyć do fabryki skrzyń przekładniowych bo produkcja stała. Miałem jeszcze załadować towar na jutro, ale niestety było już za późno. Siedzę teraz na jakimś zadupiu (położonym w lekko górzystym terenie) w koło nikogo nie ma. Pierwszy raz tak robię, tzn. na ostatniej autostradowej stacji wziąłem prysznic i pojechałem dalej te 50 km pod samo miejsce jutrzejszego załadunku. I bardzo dobrze zrobiłem, bo droga okazała się taka kręte i z jednym objazdem, że pewnie spóźnił bym się na 7 rano. No, a tak mogę później wstać i od razu się podstawiać. Muszę tylko przeżyć do rana …. 😁

Niedziela …

Moja pierwsza niedziela na trasie. Odpoczywam po intensywnej sobocie, znalazł się czas na upichcenie jakiegoś obiadu, a przede wszystkim mam czas poczytać książkę. Wprawdzie spotyka się to z niejakim zdziwieniem wśród nowych kolegów po fachu, ale może są i tacy jak ja – czytający. Na razie pierwsze lub drugie pytanie to: „masz jakieś filmy ?” 😁

Spokojny dzień…

W przeciwieństwie do wczorajszego dnia ten upłynął spokojnie. W dalszym ciągu jestem w wyżynnym jeśli nie górskim klimacie. Ma to swoje dobre jak i złe strony. Krajobrazy piękne, drogi kręte no ale jak się wiezie ładunek szczególnie delikatny to już tak bezstresowo nie jest. Powoli jednak przestaję przejmować się innymi kierowcami i tam gdzie kiedyś pędził bym 100 km/h jadę 70-tką lub wolniej. Ma to tą zaletę że mogę dłużej i dokładniej podziwiać mijane krajobrazy.

Fajnie, że w taki dzień można znaleźć czas na spacer po okolicznych miasteczkach i zauważyć, że to już pora kasztanów. Czy mi się wydaje, czy te są większe niż nasze krajowe ? 🙂

Zwariowany dzień…

Co jakiś czas jak myślę, że nic mnie nie zaskoczy to przydarzają mi się dziwne sytuacje. Miałem być o 7 na rozładunku, przyjeżdżam o 6:30 do fabryki elementów stalowych i zastaję pracownika firmy, która sprzedaje zakupione tam śruby pewnej znanej marce samochodowej. Facet siedzi w busie, przed nim kosz ze śrubami i każdą z nich wyjmuje, nakręca nakrętkę w celu sprawdzenia jakości. I tak w sumie 300 kg więc chcąc nie chcąc siadłem z nim i pobawiłem się w kontrolera jakości. Dzięki temu wyjechałem o 11, a tak czekałbym do 13-stej przynajmniej. Dobrze chociaż, że wszystko odbyło się w tak pięknych okolicznościach przyrody 😉:

Trochę górek…

Belgia (i przelotem Holandia) zaliczona. Dzisiaj pauza w okolicach Bad Hersfeld, jutro rano załadunek. Piękna trasa, trochę górek, jadąc zachód słońca dawał światło w plecy przez co widoki były przepiękne. Szkoda, że nie było gdzie się zatrzymać aby strzelić fotkę 🙁 No a jak już się zatrzymałem to ciemno i gór nie widać. Może jutro się uda.

Z praktycznych uwag – nie bierzcie za dużo chleba, ja dzisiaj prawie cały bochenek wywaliłem bo nie dało się go już zjeść, a minęły raptem 3 dni. Niby polecali wiejski dla kierowców, ale chyba nie na takie upały.

Jutro 6:00 pobudka , ciekawe co tym razem i gdzie zawiozę 🙂 Dobranoc !