Marzenia ….

Marzenia trzeba starać się zrealizować. Jako dzieciak do tej pory pamiętam pocztówkę od cioci, która akurat zwiedzała Lazurowe Wybrzeże. Zobaczyć Paryż i Lazurowe były moimi marzeniami. Z Paryżem się udało wcześniej – w końcu ciocia tam mieszka, choć śmieszne, że stało się to tak późno. Teraz przyszedł czas na Lazurowe Wybrzeże. To również jest komiczne – w dzisiejszych czasach prawie 45-letni człowiek dopiero jest w miejscu, gdzie w dzisiejszych czasach chwilka lotu samolotem lub sporo h jazdy autem bez problemu realizuje to marzenie. Nie będę się zagłębiał się w szczegóły dlaczego tak to wyszło. Zrobiłem bardzo wiele głupot aby to osiągnąć, a rozwiązanie było o wiele bardziej proste. Przykre, że na to wcześniej nie wpadłem tylko szarpałem się z nudnym życiem, które prowadziłem bez możliwości poznawania takich miejsc, To co piszę zrozumie tylko taki wariat jak ja😁 Szkoda, że sam, ale na 45 urodziny ciągle jeszcze będę na Lazurowym Wybrzeżu – tam gdzie powinienem być już wiele lat temu.

 

Święto Reformacji w mieście Wismar ….

II wyjazd już za mną. Siedzę w domu i spróbuję trochę uzupełnić blog szczególnie, o krótką notkę z odwiedzin w nadbałtyckim mieście Wismar.

Przede wszystkim po raz pierwszy załapałem się na niemieckie Święto Reformacji obchodzone 31 października w kilku landach w tym m.in. w Meklemburgii-Pomorze Przednie, w której akurat przez ostatnie dni października i pierwsze listopada przebywałem. Co ciekawe 1 listopada tutaj był już normalnym dniem pracy. Tak więc przy okazji święta miałem czas pozwiedzać niewielkie miasto Wismar, w pobliżu którego akurat byłem.

To już kolejne miejsce z atrakcją turystyczną wpisaną na listę UNESCO – tym razem znalazło się na niej stare miasto – faktycznie bardzo ładne.

Ponieważ interesowałem się kiedyś dosyć mocno historią to zaraz nazwa tego miasta skojarzyła mi się z jakimś historycznym faktem, o którym musiałem kiedyś czytać. I rzeczywiście – w latach 1628 – 1632 swoją siedzibę miała tutaj flota wismarska, której podstawą od roku 1629 była polska flota wojenna króla Zygmunta III Wazy – o niej musiałem kiedyś czytać choćby w szkole. Były to czasy wojny trzydziestoletniej. W latach 1648 – 1803 miasto było pod panowaniem szwedzkim, a ostatecznie Szwecja zrzekła się praw do niego dopiero w roku 1903. Zainteresowanych odsyłam do źródeł, a sam skupię się na wrażeniach ze zwiedzania.

Nie wiem czy cały czas będę miał takie szczęście do pogody, ale było pięknie i słonecznie choć już zimno. Mimo święta turystów niewielu, samo miasto bardzo urocze, starówka malownicza, wrażenie robią kościoły szczególnie w swej surowości wnętrz.

Poniżej kościół św. Jerzego:

 

Poniżej kościół św. Mikołaja:

Poniżej kościół Mariacki – najstarsza budowla miasta, niestety po ostatniej wojnie pozostała tylko wieża:

Poniżej inne ciekawe budowle:

Rynek jeden z większych w Niemczech o wymiarach 100×100 metrów wraz z ratuszem miejskim:

Rotunda na rynku pełniąca funkcję studni miejskiej. Do 1897 roku była jedynym ujęciem wody pitnej w całym mieście (doprowadzono ją ze źródła odległego o 4 km):

Na osobną uwagę zasługuje niewielka (po Hamburgu każda będzie dla mnie niewielka), ale bardzo atrakcyjnie zrewitalizowana dzielnica portowa:

Oczywiście można tutaj zjeść bułkę z rożnego rodzaju rybkami, a przede wszystkim pospacerować.

Warto przyjechać do tego miasta choć na chwilę. Może i jest niewielkie, zwiedzania wystarczy co najwyżej na jeden dzień, ale czuć tutaj klimat jego historii, do tego związanej w pewnym momencie z historią naszego kraju. Co ciekawe zanim pojawiła się nazwa Wismar (pierwsza wzmianka w 1229 kiedy to miasto otrzymało prawa miejskie), swój gród o nazwie Wyszomir mieli tutaj Słowianie.

O dawnej sile tego miasta świadczy choćby fakt, że razem z innymi obecnie większymi miastami Rostock i Lubeka tworzyło Związek Hanzeatycki – unię handlową miast Europy Północnej z czasów średniowiecza i początku ery nowożytnej.

Pozostałe fotografie z wycieczki:

Weekend w Hamburgu …

No i w końcu się udało – zobaczyłem kawałek Hamburga. Wrażenia jak najbardziej pozytywne. Wprawdzie mocno zaśmiecone mimo, że nie ma problemów ze znalezieniem czerwonych śmietników (w St. Pauli różowych 😁), ale chyba można to wybaczyć miastu portowemu, mocno zróżnicowanemu kulturowo i pełnego turystów.

Niesamowita architektura mimo braku wysokościowców, do tego bardzo przypomina mi Szczecin, w którym mieszkam. Dlaczego ? Ano dlatego, że też jest miastem portowym mimo, że nie leży nad morzem, z podobną nowożytną historią, tzn. tak samo było mocno zburzone podczas nalotów w czasie II wojny światowej i dlatego niewiele zostało z zabytków, a najlepszym dowodem na to są pozostałości (głównie wieża) kościoła św. Mikołaja. Budowla musiała być piękny przed jej zbombardowaniem w 1943 roku. No cóż, sami sobie są winni, ale naszła mnie dzisiaj taka refleksja – ile pięknych zabytków i miejsc byłoby dzisiaj do zwiedzania gdyby nie te wszystkie wojny. Oczywiście to tylko budynki i nijak się mają do ludzkich ofiar, ale jakoś tak żal jak się patrzy choćby na resztki tego kościoła.

Ale to co potem Niemcy zrobili w dzielnicy portowej na czele z budynkiem filharmonii – no cóż można tylko podziwiać jak pięknie i z jakim rozmachem można zrewitalizować dzielnicę portową. Mam nadzieję, że uda się to w Szczecinie choćby i za 100 lat. Piękne, reprezentacyjne miejsce miasta portowego do którego podążają wszystkie wycieczki i turyści.

Kilka fotek z wycieczki:

I znowu okolice Monachium …

Bardzo lubię Monachium pomimo tego, iż tak bardzo był tutaj popularny Adolf 😁 Wprawdzie są korki i wszystko jest droższe, ale za to jest tutaj specyficzny klimat. No i mają wg mnie najlepszą przekąskę na świecie czyli Leberkäse. Jest stosunkowo tanie, dostępne na każdym kroku i trzeba tego spróbować obowiązkowo ze słodką musztardą. Na śniadanie biała kiełbaska i precle, a do popicia piwo pszeniczne z procentami lub bez – bez tego nie można zacząć tutaj dnia.

Drugi tydzień minął – czas na drugi weekend w Rostocku …

a właściwie w nadmorskich dzielnicach Rostocku – Hohe Düne i Warnemünde leżących naprzeciwko siebie u ujścia rzeki Warnow. Centrum miasta sobie odpuściłem – mimo wszystko w ładną pogodę morze wydało mi się atrakcyjniejsze. Co można napisać – oczywiście podobnie jak u nas typowy kurort nadmorski. Co mi się podobało to kanał Alter Strom gdzie poustawianych jest pełno food trucków, ale jak by ich jeszcze było mało to wzdłuż nabrzeża cumują fish boats. Jednym słowem raj dla wielbicieli ryb, a oczywiście podstawową przekąska jest bułka z kawałkiem ryby lub owocami morza jak ktoś lubi. Cena takiej bułki to od 3 do 5 EUR (u nas np. w Świnoujściu taka buła to wydatek 10 zł). Sam kanał wygląda bardzo malowniczo:

Szokiem dla mnie było jak zabudowano starą latarnię morską:

Ogólnie fajna wycieczka i mimo, że wolę górskie powietrze to i nad morzem można przyjemnie spędzić czas i pooddychać jodem.

Jeszcze kilka fotek:

Zaległy pierwszy weekend II wyjazdu …

Tak się złożyło, że ostatnio nie miałem kiedy i o czym pisać. Tzn. działo się wiele, ale chyba tylko bym zanudzał kogoś kto czyta tego bloga.

Pierwszy weekend spędziłem w okolicy miasteczka Wittenburg. Właściwie mogłem zostać w Hamburgu, ponieważ miałem tam rozładunek ale stwierdziłem, że jeszcze nie jestem gotowy na to miasto 😁 Dlatego podjechałem bliżej miejsca poniedziałkowego załadunku i stąd Wittenburg przy którym jest całkiem fajny autohof, a do tego bezpłatny.

Mieścina smutna, ale zyskała dzięki kolorom jesieni:

Liczba mieszkańców coś około 6 tys., ale dzięki temu jest cicho i spokojnie – nawet fotkę ryneczku można zrobić bez ani jednego ludzika w kadrze.

II wyjazd …

Czwartek, czwarty dzień II wyjazdu. Zdążyłem już ponownie odwiedzić Monachium, przejechać się wzdłuż jeziora bodeńskiego, podziwiać panoramę Frankfurtu nocą i rozkoszować się początkiem pięknej jesieni w Niemczech. Znane jest określenie „złota polska jesień” – no cóż Niemcy mają złotą niemiecką jesień i jest równie piękna szczególnie w górach. Dzisiaj miałem okazję się o tym przekonać – piękna pogoda, słońce, 21 stopni i piękne kolory z przewagą złotych liści drzew w dolinach i zielonej alpejskiej trawy. Głupia sprawa, ale miałem pilną dostawę – załadunek oraz rozładunek w ten sam dzień i nawet fotki nie zrobiłem, aby podzielić się wrażeniami. No, ale nic straconego – jeszcze będzie okazja. W każdym bądź razie w okolicach jeziora bodeńskiego winogrona już zebrane, ale w sadach jabłka jeszcze wiszą na jabłoniach gdzieniegdzie.

Wyjazd zaczął się intensywnie – 4 dni i 3300 km – nie ma czasu na nudę 👍

Tydzień 39 …

Dawno nie pisałem, a to dlatego, iż ostatni tydzień 4-tygodniowego wyjazdu był aż nadto intensywny. Zaliczyłem pierwszy odbiór towaru z targów w Monachium, a wracając pierwszy kontakt z niemiecką policją, który szczęście w nieszczęściu skończył się „tylko” mandatem 130 EUR za SMSa (mój najdroższy w życiu). Mogło być gorzej bo byłem o ok. 300 kg przeładowany, ale wdając się w gadkę trochę po angielsku, a trochę po niemiecku przekonałem ich, że to tylko graty z targów i ważą nie więcej niż 1000 kg, a papierów mi nie dali.

Po weekendzie zaliczyłem kursy południe – północ Niemiec i powtórkę, ale tym razem zahaczyłem o Austrię. W tym ostatnim tygodniu zrobiłem więcej km niż w 2 poprzednie. No, ale było warto pomijając ten mandat.

Jezioro Bodeńskie …

Zawsze chciałem je zobaczyć i nigdy nie było okazji. Dzisiaj się udało ! Wczorajszy ładunek dostarczyłem do miasta Radolfzell. Leży ono wprawdzie nad jedną z zachodnich zatok, ale dało mi to przedsmak ogromu i piękna tego jeziora:

Jaka była moja radość gdy okazało się, że mam ładunek zaplanowany na jutro w Monachium ! Dzięki temu przejechałem wzdłuż prawie całego północnego brzegu. Niestety popołudniu pogoda zaczęła się psuć i Alpy było słabo widać, ale i tak widoki były przepiękne:

Niesamowita jak samo jezioro jest infrastruktura dla rowerzystów. Wzdłuż brzegu, wśród sadów owocowych, biegnie wspaniale zaprojektowana ścieżka, bezkolizyjna (wiadukty, tunele) z takimi widokami, że nic tylko przyjeżdżać nad Jezioro Bodeńskie z rowerami. Naprawdę możemy tylko się uczyć jak tworzyć takie atrakcje dla aktywnych turystów.

Najdłuższa trasa (jak na razie) …

W przeciwieństwie do wtorku środa okazała się, aż nadto intensywna. Trasa Berlin – Rostock – Karlsruhe to ponad 1000 km, ale byłem tak wyspany, że i drugie tyle bym zrobił. Do tego nocna panorama oświetlonych drapaczy chmur we Frankfurcie nad Menem całkowicie wynagradza tyle kilometrów. Następnym razem muszę się jakoś zatrzymać i zrobić zdjęcie bo słowa tego nie opiszą – taki europejski Manhattan – coś pięknego.
Były też i takie widoki: