Weekend w Hamburgu …

No i w końcu się udało – zobaczyłem kawałek Hamburga. Wrażenia jak najbardziej pozytywne. Wprawdzie mocno zaśmiecone mimo, że nie ma problemów ze znalezieniem czerwonych śmietników (w St. Pauli różowych 😁), ale chyba można to wybaczyć miastu portowemu, mocno zróżnicowanemu kulturowo i pełnego turystów.

Niesamowita architektura mimo braku wysokościowców, do tego bardzo przypomina mi Szczecin, w którym mieszkam. Dlaczego ? Ano dlatego, że też jest miastem portowym mimo, że nie leży nad morzem, z podobną nowożytną historią, tzn. tak samo było mocno zburzone podczas nalotów w czasie II wojny światowej i dlatego niewiele zostało z zabytków, a najlepszym dowodem na to są pozostałości (głównie wieża) kościoła św. Mikołaja. Budowla musiała być piękny przed jej zbombardowaniem w 1943 roku. No cóż, sami sobie są winni, ale naszła mnie dzisiaj taka refleksja – ile pięknych zabytków i miejsc byłoby dzisiaj do zwiedzania gdyby nie te wszystkie wojny. Oczywiście to tylko budynki i nijak się mają do ludzkich ofiar, ale jakoś tak żal jak się patrzy choćby na resztki tego kościoła.

Ale to co potem Niemcy zrobili w dzielnicy portowej na czele z budynkiem filharmonii – no cóż można tylko podziwiać jak pięknie i z jakim rozmachem można zrewitalizować dzielnicę portową. Mam nadzieję, że uda się to w Szczecinie choćby i za 100 lat. Piękne, reprezentacyjne miejsce miasta portowego do którego podążają wszystkie wycieczki i turyści.

Kilka fotek z wycieczki:

I znowu okolice Monachium …

Bardzo lubię Monachium pomimo tego, iż tak bardzo był tutaj popularny Adolf 😁 Wprawdzie są korki i wszystko jest droższe, ale za to jest tutaj specyficzny klimat. No i mają wg mnie najlepszą przekąskę na świecie czyli Leberkäse. Jest stosunkowo tanie, dostępne na każdym kroku i trzeba tego spróbować obowiązkowo ze słodką musztardą. Na śniadanie biała kiełbaska i precle, a do popicia piwo pszeniczne z procentami lub bez – bez tego nie można zacząć tutaj dnia.

W końcu zachód ….

No i udało się – wyrwałem się choć na chwilę z północno-zachodnich Niemiec.

Wprawdzie z pogodą średnio to jednak przyjemnie się jechało trasą Rostock – Fulda. Dystans w sam raz – niecałe 600 km. Jutro rozładunek w tym mieście, które mi się kojarzy z oponami, ale podejrzewam, że jest o wiele ciekawsze. Niestety pewnie czas nie dopisze na zwiedzanie. Tą samą nazwę nosi również rzeka, którą przekraczałem jadąc autostradą A7.

Postój ok. 20 km od celu na przyjemnym parkingu z restauracją, w której właśnie siedzę i piszę ten tekst.

Żeby nie było, że tylko zwiedzam :-) …

Skąd w ogóle weekend w Rostocku ? Ano stąd, że w ostatni tydzień spedytor organizuje ładunki i rozładunki w okolicach Hamburga, zahaczając ciągle o byłe DDR. Nie, żebym jakoś dzielił te dwie części Niemiec, ale jednak różnice widać mimo tylu lat, które upłynęły od zjednoczenia. Ma to swoje dobre strony, np. nie ma problemu ze znalezieniem miejsca na parkingu, gdzie np. w Zagłębiu po godzinie 20-stej nawet jadąc busem jest problem z miejscem.

No, ale w ostatni czwartek i piątek to była w ogóle tragedia. Jeździłem dla spedycji niemieckiej na zasadzie załadunek i 6 miejsc rozładunku w czwartek i 4 w piątek w okolicach właśnie Rostocku. Jak by tego było mało to ładunki były też 6 metrowe gdzie skrzynię mam 4 metrową. W piątek ostatni rozładunek zakończyłem o 15:40 gdzie firma zamykała się o 16-stej. No ale się udało i nie zostałem z tym na poniedziałek. Jutro tylko zrzucę 12 pustych palet oraz papiery w spedycji i lecę w dłuższą trasę. Już wytłumaczyłem spedytorowi, że wszystko fajnie i wszystkiego trzeba spróbować, ale ja od takiej „kurierki” wolę trasę 1000 km – przynajmniej nie trzeba sześć razy skakać po aucie. No, ale podobno są tacy, którzy o takie kursy jak moje czwartkowe i piątkowe się zabijają …

Drugi tydzień minął – czas na drugi weekend w Rostocku …

a właściwie w nadmorskich dzielnicach Rostocku – Hohe Düne i Warnemünde leżących naprzeciwko siebie u ujścia rzeki Warnow. Centrum miasta sobie odpuściłem – mimo wszystko w ładną pogodę morze wydało mi się atrakcyjniejsze. Co można napisać – oczywiście podobnie jak u nas typowy kurort nadmorski. Co mi się podobało to kanał Alter Strom gdzie poustawianych jest pełno food trucków, ale jak by ich jeszcze było mało to wzdłuż nabrzeża cumują fish boats. Jednym słowem raj dla wielbicieli ryb, a oczywiście podstawową przekąska jest bułka z kawałkiem ryby lub owocami morza jak ktoś lubi. Cena takiej bułki to od 3 do 5 EUR (u nas np. w Świnoujściu taka buła to wydatek 10 zł). Sam kanał wygląda bardzo malowniczo:

Szokiem dla mnie było jak zabudowano starą latarnię morską:

Ogólnie fajna wycieczka i mimo, że wolę górskie powietrze to i nad morzem można przyjemnie spędzić czas i pooddychać jodem.

Jeszcze kilka fotek:

Zaległy pierwszy weekend II wyjazdu …

Tak się złożyło, że ostatnio nie miałem kiedy i o czym pisać. Tzn. działo się wiele, ale chyba tylko bym zanudzał kogoś kto czyta tego bloga.

Pierwszy weekend spędziłem w okolicy miasteczka Wittenburg. Właściwie mogłem zostać w Hamburgu, ponieważ miałem tam rozładunek ale stwierdziłem, że jeszcze nie jestem gotowy na to miasto 😁 Dlatego podjechałem bliżej miejsca poniedziałkowego załadunku i stąd Wittenburg przy którym jest całkiem fajny autohof, a do tego bezpłatny.

Mieścina smutna, ale zyskała dzięki kolorom jesieni:

Liczba mieszkańców coś około 6 tys., ale dzięki temu jest cicho i spokojnie – nawet fotkę ryneczku można zrobić bez ani jednego ludzika w kadrze.

II wyjazd …

Czwartek, czwarty dzień II wyjazdu. Zdążyłem już ponownie odwiedzić Monachium, przejechać się wzdłuż jeziora bodeńskiego, podziwiać panoramę Frankfurtu nocą i rozkoszować się początkiem pięknej jesieni w Niemczech. Znane jest określenie „złota polska jesień” – no cóż Niemcy mają złotą niemiecką jesień i jest równie piękna szczególnie w górach. Dzisiaj miałem okazję się o tym przekonać – piękna pogoda, słońce, 21 stopni i piękne kolory z przewagą złotych liści drzew w dolinach i zielonej alpejskiej trawy. Głupia sprawa, ale miałem pilną dostawę – załadunek oraz rozładunek w ten sam dzień i nawet fotki nie zrobiłem, aby podzielić się wrażeniami. No, ale nic straconego – jeszcze będzie okazja. W każdym bądź razie w okolicach jeziora bodeńskiego winogrona już zebrane, ale w sadach jabłka jeszcze wiszą na jabłoniach gdzieniegdzie.

Wyjazd zaczął się intensywnie – 4 dni i 3300 km – nie ma czasu na nudę 👍

Niemcy …

Mam wrażenie, że sami Niemcy nie doceniają jaki piękny kraj mają jeżdżąc na zagraniczne wycieczki (bo przecież w każdym kraju ich widać). Sam też nigdy jakoś nie brałem pod uwagę tego państwa jako celu np. wakacji, a to duży błąd (choć jak wiadomo i finanse mają tutaj znaczenie). Różnorodność krajobrazów szczególnie wyżyny i góry (ale też i piękne pola uprawne oraz pastwiska na nizinach) to raj dla kogoś kto lubi piękne widoki. Aż szkoda, że nie mam więcej czasu aby te miejsca dokładniej pozwiedzać. Odważę się to napisać – Polska to piękny kraj, ale Niemcy są jeszcze piękniejsze, a do tego bardziej rozwinięte pod względem turystyki, szczególnie rowerowej. Nic tylko przyjeżdżać i zwiedzać.

Tydzień 39 …

Dawno nie pisałem, a to dlatego, iż ostatni tydzień 4-tygodniowego wyjazdu był aż nadto intensywny. Zaliczyłem pierwszy odbiór towaru z targów w Monachium, a wracając pierwszy kontakt z niemiecką policją, który szczęście w nieszczęściu skończył się „tylko” mandatem 130 EUR za SMSa (mój najdroższy w życiu). Mogło być gorzej bo byłem o ok. 300 kg przeładowany, ale wdając się w gadkę trochę po angielsku, a trochę po niemiecku przekonałem ich, że to tylko graty z targów i ważą nie więcej niż 1000 kg, a papierów mi nie dali.

Po weekendzie zaliczyłem kursy południe – północ Niemiec i powtórkę, ale tym razem zahaczyłem o Austrię. W tym ostatnim tygodniu zrobiłem więcej km niż w 2 poprzednie. No, ale było warto pomijając ten mandat.